Przeddzień obchodów rocznicy Powstania Marcowego
Wieczór nad Bin-Andrarskiem zapadał powoli, gdy w Domu Emigranta trwały ostatnie przygotowania do rocznicowych obchodów Powstania Marcowego. Miasto tętniło życiem, a jego puls przyspieszał w rytmie wspomnień i oczekiwań. Na ulicach coraz częściej rozbrzmiewały rozmowy w języku bialeńskim, a w wielu oknach zapłonęły świece – symbol pamięci o tych, którzy walczyli o niepodległość i wolność.
W głównej sali Domu Emigranta panował gwar. Weterani, pamiętający tamte dni, szeptali między sobą, ściskając drewniane laski. Ich spojrzenia błądziły po ścianach ozdobionych archiwalnymi fotografiami. Młodzież pomagała zawieszać biało-czarno-zielone flagi i ustawiać krzesła na jutrzejszą uroczystość.
W kącie sali, pod oknem, imam Abdul z Zielonego Kościoła rozmawiał cicho z popem Iwanem, duchownym Brodryjskiego Kościoła Prawosławnego. Choć różniło ich pochodzenie i wyznanie, tego wieczoru znów stanowili jedność – jak za najlepszych czasów Republiki Bialeńskiej. W pewnym momencie dołączył do nich starszy mężczyzna o siwych włosach i płaszczu, który nosił ślady minionych lat. Był jednym z dawnych pretorianów Gwardii Venomanii, a po latach tułaczki znalazł schronienie w Bin-Andrarsku.
Wśród zgromadzonych znajdowała się także delegacja kibiców sarmackiego klubu SKS Zieloni Grodzisk – młodych Bialeńczyków, dla których Księstwo Sarmacji stało się nowym domem. Paradoks dziejów sprawił, że ziemia, przeciw której walczyli ich przodkowie, dziś stała się dla nich schronieniem i miejscem, gdzie mogą pielęgnować ducha Republiki. Jeden z nich, trzymając klubowy szalik, przemówił do zebranych:
— Nie jesteśmy tu tylko po to, by wspominać. Jesteśmy tu, by przypomnieć sobie, kim jesteśmy i kim zawsze będziemy. Nasza ojczyzna może nie istnieć na mapach, ale wciąż żyje w naszych sercach i czynach!
Na twarzach zebranych widać było wzruszenie i dumę, a salę wypełniło poczucie jedności. Wszyscy wiedzieli, że jutrzejszy dzień będzie nie tylko chwilą refleksji nad przeszłością, ale także dowodem na to, że Bialeńczycy – niezależnie od tego, gdzie rzuci ich los – wciąż potrafią trzymać się razem.
Gdy ostatnie dekoracje zawisły na ścianach, a krzesła stanęły w równych rzędach, noc spowiła Bin-Andrarsk. W powietrzu unosił się zapach herbaty, którą starsi weterani pili na schodach Domu Emigranta, wpatrzeni w rozgwieżdżone niebo. W ich oczach tliła się nadzieja – ta sama, która zapłonęła wiele lat temu podczas Powstania Marcowego.