Leonid ekspresowo przeszedł kontrolę przy bramkach na lotnisku. Dokumenty były jeszcze ważne, nie miał przy sobie żadnych niebezpiecznych narzędzi. Wsiadł na pokład samolotu i czekał z niecierpliwością na odlot. Właśnie ważyły się losy jego rodziny - nie mógł pozwolić sobie na ani minutę zwłoki czy opóźnienia. Wreszczie samolot zaczął powoli toczyć się po pasie startowym, a Leonid poczuł, jak napięcie zaciska mu klatkę piersiową. Silniki zawyły, maszyna przyśpieszyła i w końcu oderwała się od ziemi. Przez chwilę poczuł ulgę — był w drodze, nie było już odwrotu. Zamknął oczy na moment, ale gdy je otworzył, kątem oka dostrzegł dwie podejrzane sylwetki kilka rzędów dalej. Dwaj mężczyźni o twardych, surowych twarzach. Jeden łysy, z wyraźną blizną przecinającą policzek, drugi wysoki, o nieruchomym spojrzeniu i dziwnie napiętych ramionach, jakby pod marynarką krył coś ciężkiego. Nie powiedzieli ani słowa, nie zbliżali się do niego, ale Leonid wyczuwał w ich obecności coś niepokojącego.
Spojrzał za okno — maszyna zyskiwała wysokość, a lotnisko malało w oczach. Jednak na płycie widział wyraźny ruch: ciemne sylwetki w mundurach, formujące szyk, otaczające terminal i hangary. Agenci. Zorganizowani, z bronią przy pasach, komunikujący się przez krótkofalówki — ktoś ich wysłał, żeby powstrzymać ten lot. Jednak byli spóźnieni. Leonid mógł już tylko patrzeć, jak zostają daleko w dole, a on leci wprost ku nieznanemu.
Podejrzane typki nawet nie spojrzały na niego. Siedzieli spokojnie, jakby również lecieli "w interesach". Ale Leonid wiedział: ich obecność na tym pokładzie nie była przypadkowa.