Nadszedł dzień otwarcia. Wszystko zostało wcześniej po cichu dopięte na ostatni guzik (w końcu był na to cały miesiąc).
Najbliższą okolicę zastawiono wręcz tabliczkami z napisem "Tędy na otwarcie Teatru Narodowego" i strzałkami, mającymi w sposób może nieco nachalny i prosty, za to niepozostawiający miejsca na zgubienie się w drodze na uroczystość.
Przed samym Teatrem pozostawiono za to już tylko jeden, dobrze widoczny napis "Tetr Narodowy w Achkovie" z dopiskiem pod spodem "Ulica Jacka Insuliny". Nie liczę tu oczywiście tabliczek po bokach głoszących wyraźnie jasne przesłanie "Nie deptać trawników" (co prawda przy poprzednim otwarciu, dla mieszkańców miasta, przypadki zadeptania trawnika się nie zdarzyły, ale w takich kwestiach lepiej zawsze podjąć wszystkie możliwe środki ostrożności). Zieloną przestrzeń oddzielały zresztą od prowadzącej do wejścia do gmachu drogi rozmieszczone po obu stronach słupki połączone ze sobą czerwoną wstęga. Ot, słupki jak słupki, nic wielkiego. Dwa ostatnie, od drogi licząc, umieszczone były po bokach przedzielonego kolumnami wejścia, w taki sposób, że łącząca je (słupki, nie kolumny) wstęga rozpięta była tak, że oddzielała (tak samo jak trzy umieszczone wśród kolumnady zamknięte drzwi) przejście do foyer od prezentowanego przed Teatrem ogrodu. Wnętrze od zewnętrza. Świat sztuki od świata codziennego.
Zachęcić mieszkańców do pofatygowania się po raz drugi na otwarcie (a pozostałych do oczekiwania na nie) miały wystawione przed budynek stoły z pokaźnymi ilościami betonówki i pryncypałków (sprowadzanych? Nie, naszych, rodzimych!). Rozstawiono też naturalnie pewną ilość krzeseł, choć tu zachodzi obawa, że może ich nie wystarczyć dla wszystkich zainteresowanych. Cóż, "w ostateczności mamy też schodki, są całkiem wygodne", jak skomentował takie obawy naczelny manager ds. gospodarowania krzesłami.