6 marca
Nieokreślona ilość bąbelków powietrza wisiała tuż nad dnem blaszanego kubka. Nie było ich na tyle dużo, aby do ich liczby pasowało określenie "niezliczone", jednak też jenerałowi Dakowi Lasowi KamFajansowi ciężko było zabrać się do szacowania choćby ich przybliżonej liczby. Siedział na niewielkim stołku w karczmie "Wurstlandische Schenke", której wystrój sugerował, że Wurstlandczycy zatrzymali się w jakimś punkcie historii czterysta lat wcześniej i od tego momentu jedynie nieliczne dobrodziejstwa późniejszych epok docierały do nich, prześlizgując się przez gęste sito izolacji. Jedną z nich była znajomość wspólnej mowy, którą posiedli nieliczni przedstawiciele tego narodu.
Choć czy można było mówić o jakimś narodzie? Obecnie bardziej były to grupy plemion, wspólnot skupionych wokół swoich siedzib i przywódców. Z takim właśnie liderem grupy, którą teraz to mu przyszło zarządzać, miał się spotkać dziś wieczorem.
Tak więc czekał, otoczony obok żołnierzami, z którymi opanował ten przybytek. Byli jego jedynymi klientami, ale karczmarz, postawny, zręcznie poruszający się za ladą mąż i ojciec, zdawał się na to nie narzekać. Nic dziwnego, w końcu jeśli tylko legioniści zdobyli coś wartościowego, to pewnie prędzej czy później odnajdzie się to ponownie - w jego mosiężnej kasetce, której strzegł bez ustanku. Nawet teraz. Pozornie był w pełni skupiony na dolewaniu kolejnych mililitrów, a zapewne i procentów tego dziwnego, przezroczystego jak woda, choć zdecydowanie nią niebędącego, trunku jenerałowi, lecz KamFajans wiedział, że gdyby teraz ktokolwiek zbliżył się zanadto do utargu, gospodarz błyskawicznie znalazłby się na powrót przy nim. Czym w ogóle był ten napój? Dziwny taki, jakby nieco... musujący? Może spirytus... gazowany? Nie mieli betonówki, oczywiście.
- I właśnie dlatego musimy zaprowadzać do nich cywilizację -
stwierdził do swojego adiutanta, Jeremisława Borzeszko von Muu-Asfgjyj herbu Firanka, nie odwracając się jednak w jego stronę, choć siedział tuż obok, również konsumując identyczny trunek, choć z kufla.
- Cywilizację kiryjską -
dodał po chwili milczenia, po czym znów odczekał chwilę. Wzrokiem bacznie badał drewniane drzwi prowadzące do karczmy. Zamknięte, z obstawą. Nikt niezaproszony tu nie wejdzie.
- Dla betonówki. Ci wszyscy ludzie nie posmakowsliby betonówki, gdybyśmy się nie zjawili. Nigdy by jej nie zasmakowali. A tak mają szansę. W przyszłości. Albo kiedyś -
stwierdził, odwracając się w stronę Jeremisława.
W tym momencie usłyszał skrzypienie drzwi. Do budynku wszedł lokalny vogt. Mimo, że w praktyce żołnierze odebrali mu całą władzę, nadal cieszył się posłuchem. Zwał się Teodoryk Stary. Trafne przezwisko. Istotnie był w podeszłym wieku, co potwierdzała pokaźna siwa broda, poskręcana jak morskie fale.
- Zapraszam, herr Vogt -
powiedział jenerał, powstając z miejsca. Wiedział, po co starzec tu przyszedł. Myślał o przyszłości. Swojej i tych, którym przewodził. Skoro tu był, z pewnością bardziej podobało mu się uznanie zwierzchnictwa Patriarchy i Władcy, zostanie ich sojusznikiem jako równy Legionowi. No, prawie równy.