Jako, że Premier powołał mnie na zaszczytny urząd Ministra Nauki i Kultury, chciałbym rozpocząć dyskusję na temat uczelni wyższej, którą chciałbym powołać do życia. Wstępnie określiłem ją jako "uniwersytet centralny", ale oczywiście otrzyma on ładniejszą naukę, którą chciałbym wyłonić na drodze konkursu (ale nie ankiety otwartej z uwagi na nadreprezentację osób trollujących w naszej społeczności).
Zielona księga służy zbieraniu pomysłów i dyskutowaniu nad nimi. Już na wstępie proszę jednak o zachowanie rozsądku i formułowanie realistycznych postulatów. Utworzenie od zera encyklopedii z tysiącami haseł, wydanie pełnego podręcznika do historii Nordaty, ani szczegółowe opracowanie języka nordackiego to nie są realistyczne postulaty.
Chciałbym, żeby nasz uniwersytet był przede wszystkim platformą wymiany myśli i wiedzy. Powinien on być otwarty dla wszystkich zainteresowanych dyskusją na pewnym poziomie abstrakcji. Nie potrzebujemy instytucji zajmującej się rozdawaniem pompatycznych tytułów rektorskich i dziekańskich oraz produkcją profesorów. Uniwersytet powinien być aktywną częścią naszej społeczności, a nie korporacją wannabe naukowców.
Uniwersytet widzę jako miejsce w którym regularnie toczą się kolokwia tematyczne, a od czasu do czasu któryś z członków społeczności akademickiej wygłasza wykład na interesujący go temat, prezentując swoje przemyślenia lub wyniki badań, np. nad historią Nordaty.
Nadawanie tytułów i stopni będzie rzadkim świętem dla społeczności akademickiej. Osoba chcąca zostać magistrem, doktorem lub profesorem będzie przygotowywała swoją rozprawę dyplomową z pomocą wybranego przez siebie promotora, a następnie będzie miała miejsce publiczna obrona z udziałem wszystkich zainteresowanych. Rola władz uczelni będzie ograniczała się do oceny i nadania tytułu.
Jeżeli zdecydujemy się podzielić uniwersytet na wydziały, to tylko pod wpływem rzeczywistej potrzeby i dla czytelności. Na przykład jeśli będą wygłaszane wykłady na temat wojskowości, to możemy utworzyć wydział wojskowy. Bez sensu byłoby jednak centralne planowanie i zakładanie z góry, jakie wydziały powstaną oraz rozdawanie stołków dziekańskich na siłę.
Zastanawiam się nad obsadzaniem urzędu rektora. Kuszący byłby wybór rektora przez społeczność akademicką, ale jeśli siła głosu będzie uzależniona od tytułu, to może zacząć się produkowanie prac (przy pomocy AI) tylko dla tytułu. A ja chciałbym, żeby pisanie prac i wygłaszanie wykładów wynikało z czystej chęci podzielenia się wiedzą i przemyśleniami, a nie z chęci zdobywania wpływów. Z kolei powoływanie rektora przez rząd wiąże się z ryzykiem upolitycznienia tego urzędu. Musimy się nad tym poważnie zastanowić.
Tyle jeśli chodzi o moje wstępne przemyślenia. Zachęcam do ustosunkowania się do mojej wizji oraz do dzielenia się swoimi pomysłami.




