Santiago spędzał tę niedzielę w bliżej nieznanym mieście w FN i w niedzielne popołudnie akurat maszerował przez jego starówkę, jedząc przywiezione ze sobą patuartí (jako że na miejscu nie szło dostać tego szlachetnego przysmaku), gdy nagle dobiegł go z oddali odgłos kogoś przemawiającego przez megafon. Początkowo wpadało mu to jednym uchem, wypadało drugim, ale po dłuższej chwili elementy tego, co słyszał, zaczęły mu się osadzać jak kamień w czajniku. Słyszał więc jakieś urywki, które nie składały się dotąd na żadne logiczne zdania
Faszystowski...zurze...post...zniszczenia...racji....Gibsona...patriotów...testy...
być może z racji tego, że mówiący znajdował się gdzieś w oddaleniu. Wychodząc jednak z jakiejś nieznanej ulicy na równie nieznany mu plac, dostrzegł na jego drugim końcu jakiegoś mówcę, który zresztą z wyglądu też mu nikogo nie przypominał, w każdym razie głos który słyszał, należał bez wątpienia do niego. W związku z tym Santiago ruszył przez całą długość placu w kierunku mówiącego, dookoła którego stało kilka osób, mając zamiar spytać, czy za uczestnictwo w tym przemówieniu są przewidziane jakieś bonusy. Niestety, w połowie dystansu zauważył na zachodniej pierzei placu piwiarnię, więc zmienił zamiar i poszedł na piwo. Tym samym nigdy nie dowiedział się, o co chodziło tajemniczemu mówcy.